Kochani. Wiem, że długo mnie nie było, bo jakoś od początku listopada. Miałam jednak trochę problemów rodzinnych i w szkole, blog był ostatnią rzeczą, na którą miałam czas i ochotę ;) Ale już wracam i nie zamierzam znikać na tak długo. Na razie wstawiam tylko miniaturkę, ale rozdział postaram się napisać jak najszybciej. Mam nadzieję, że nie obrazicie się jeśli chociaż do piątku będę nadrabiać nowe notki u Was? :) Trochę się tego nazbierało, a ja mam ostatnio dużo nauki i nie przeczytam wszystkiego naraz.
A więc odcinek 183 inaczej, czyli "co by było gdyby..." :)
Siedziała w swoim pokoju na wiklinowym fotelu wysłuchując wywodu jej przyjaciela. Maciej nagle zupełnie niespodziewanie zmienił stosunek do tej całej sprawy z Markiem. Na początku Dobrzańskiego nie znosił i starał się za wszelką cenę wybić jej go z głowy. Teraz natomiast stara się ją przekonać, że być może Markowi na niej zależy. Ale ona już w to nie wierzyła.
- Chcesz powiedzieć, że co, że on mnie kocha, tak? - zapytała. Szymczyk potwierdził skinięciem głowy. Spuściła wzrok. - A uwierzyłbyś w to, że cię ktoś kocha jakby... - Przerwała spoglądając na zegar. - Jakby ta osoba właśnie w tym momencie... brała ślub z kimś innym? - dokończyła spuszczając wzrok. Nie umiała się z tym pogodzić, ale wiedziała, że musi. Bolało, ale musiała to przetrwać. Jednak nie cierpiała tak nawet po Bartku. To było coś zupełnie innego.
- No pewnie bym nie uwierzył - odparł Szymczyk. Chciał przekonać Ulę, że może powinna porozmawiać z Markiem. Po przeczytaniu listu od niego do Uli widział go w lepszym świetle. Po co miałby to robić, jeśli faktycznie by jej nie kochał? I tak wszystko już wyszło na jaw, kredyty, ProS... nie mógłby w żaden sposób wykorzystać tego, że miałby ją po swojej stronie. Jedynym rozsądnym rozwiązaniem było to, że faktycznie czuje do niej coś więcej.
- No.
- Jeśli bierze ślub - dodał. Przecież w liście wyraźnie napisał "dzięki Tobie zrozumiałem co to jest miłość. I, że nie to łączy mnie z Pauliną. I, że na pewno jej nie poślubię".
Usłyszeli nagle pukanie do drzwi. Ula odwróciła się w ich kierunku.
- Tata? - zapytała cicho.
Po chwili, jakby na potwierdzenie słów Maćka, do środka wszedł Marek. Nie był w Mediolanie, nie brał ślubu - był tu teraz, w ręce dzierżył bukiet kwiatów. Spojrzała zaskoczona jego widokiem. Spodziewałaby się każdego, ale nie jego. Uśmiechnął się lekko przez chwilę. Przez chwilę oboje z Ulą patrzyli na siebie. Ona z zaskoczeniem, on z pewną radością, że ją zastał i jakimś takim światełkiem w oczach. Jechał tutaj zupełnie nie wiedząc na co on liczy, ale gdy ją zobaczył... Uwierzył, że wszystko może być jeszcze dobrze.
- To może ja... herbaty zrobię - rzucił Maciek, szukając jakiegoś pretekstu do opuszczenia pomieszczenia. Wyszedł wymijając Marka i zostawiając ich samych.
Ula wpatrywała się przed siebie z łzami w oczach. Starała się za wszelką cenę nie rozpłakać. Chciała o nim zapomnieć, a on przyjeżdżał. Nie chciała się do tego przyznać, ale miała ochotę wtulić się w niego i zapomnieć o wszystkich nieporozumieniach, wszystkich jego oszustwach, o całej tej intrydze. Chciała uwierzyć we wcześniejszej słowa Maćka, że może faktycznie ją... kocha.
- Skąd wiedziałeś, że wróciłam? - zapytała przerywając ciszę panującą między nimi. Nadal na niego nie patrzyła nie chcąc żeby zobaczył, że jest bliska płaczu.
- Nie wiedziałem - odparł uśmiechając się. Gdy nie doczekał się żadnej reakcji, uśmiechu, czy choćby spojrzenia, spuścił wzrok i kontynuował. - Po prostu już... nie mogłem dłużej siedzieć w domu - dodał kompletnie nie wiedząc co ma mówić, zrobić, jak się zachować. Czekał na jakąkolwiek reakcję, ale ona nadal uparcie milczała siedząc do niego tyłem i wbijając wzrok w ścianę. Miał wielką ochotę przytulić ją do siebie, pocałować... chciał żeby chociaż na niego spojrzała. - Mama była... - Westchnął ciężko wiedząc, że mówi kompletnie nie to, co cały czas planował. - Nie ważne, po prostu ostatnio z nikim nie mogę się dogadać i wyszedłem trochę ochłonąć... - Spojrzał, czy zareaguje, Ula nadal jednak nic nie mówiła - Kupiłem kwiaty... dla ciebie - dodał niepewnie zastanawiając się, czy ona w ogóle go słucha. - Przyjechałem tutaj i... i jestem - zakończył. Teraz czekał już tylko na jej reakcję, bo on już nie wiedział co ma mówić. Już i tak gadał zupełnie nieistotne rzeczy.
- A nie powinieneś być w Mediolanie? - zapytała po długiej chwili milczenia, dając mu tym samym potwierdzenie, że chyba jednak go słucha. Zmarszczył brwi zaskoczony tym pytaniem. Sądził, że ona wie o wszystkim. - Dzisiaj ślub - dodała.
Wpatrywał się w nią jeszcze przez chwilę zastanawiając się czemu pyta go o ślub, który przecież wcale się nie odbył.
- A. Ta... Nie, nie, no... Ślub został odwołany myślałem, że wiesz.
Przełknęła ślinkę i odetchnęła nieco spazmatycznie. W końcu na niego spojrzała. Od razu zauważył, że ma zaczerwienione oczy i wygląda jak ktoś kto niedawno płakał.
- Nie. Nie wiem - zaprzeczyła. Teraz miała zupełny mętlik w głowie i nie wiedziała jak ma zareagować na to, że się tutaj pojawił. Skoro odwołał ślub i przyszedł tutaj, to chyba o czymś świadczyło? Bała się jednak mieć nadzieję. Bo wiedziała, że jeśli zaufa chociaż minimalnie, to potem znowu będzie cierpieć, gdy okaże się, że się pomyliła.
Uśmiechnął się lekko. Skoro ona nie wie, to nie miała nawet możliwości przemyśleć tego, czy może mu zaufać. Może jest jeszcze jakaś nadzieja, najmniejsza?
- No, odwołałem ślub, bo... - Chciał powiedzieć "bo cię kocham". Był już gotowy wypowiedzieć te dwa słowa nie bacząc na jakiekolwiek tego konsekwencje. Jednak przerwała mu.
- Nie, Marek, ja... - Przymknęła oczy, znowu odwracając się do niego tyłem. - Ja nie wiem czy chcę tego słuchać. - Jego entuzjazm zaczął maleć. Wie, że odwołał ślub, jest tutaj... ale mimo to nie chce żeby powiedział jej prawdę. - To znaczy... - Zacisnęła powieki i odetchnęła ciężko. Jej oddech nadal był nieco spazmatyczny. Naprawdę była bliska płaczu i była pewna, że jak tylko Marek wyjdzie to wtuli twarz w poduszkę. - To znaczy wiem, że nie chcę.
Chciał coś powiedzieć, otworzył kilkakrotnie usta i rozglądał się nerwowo po jej pokoju szukając odpowiednich słów, ale nic nie przychodziło mu do głowy. W końcu spuścił wzrok i przygryzł wargę zastanawiając się co dalej. Nie przemyślał dobrze tego spotkania, nie sądził nawet, że Ula będzie w domu. Nie zastanawiał się co jej powie, co zrobi. Poszedł na żywioł i teraz zupełnie nie wiedział jak się zachować żeby ona chociaż spróbowała mu uwierzyć, że jest dla niego naprawdę ważna.
- Ula... - odezwał się w końcu. - Nie można ożenić się z kimś... kogo się nie kocha - stwierdził. To ona mu to uświadomiła. Uświadomiła mu co znaczy kochać, że nie kocha Pauliny i, że związki bez miłości to niewypał. Ale najważniejsze, że sam uświadomił sobie, że kocha Ulę. Szkoda tylko, że tak późno.
- Marek przestań, proszę. - Znowu robił jej nadzieję, a ona starała się nie wierzyć w żadne jego słowo, w żadną deklarację, żadne wyznanie. Chciała być niedostępna, obojętna, zimna... obca. Żeby dał jej spokój stwierdzając, że nic nie wskóra.
- Ale ja bym naprawdę chciał żebyś przynajmniej postarała się... - Odetchnął w obawie, że znowu mu przerwie. Nie odzywała się jednak. - Uwierzyć, że nie chce być z nikim innym... tylko z tobą - dokończył. Żałował, że siedzi do niego tyłem. Gdyby widział jej minę byłoby mu prościej. Tak nie wiedział, czy płacze, czy się uśmiecha, czy może jest zła... - Wierzysz mi? - zapytał z nadzieją.
- Nie - odpowiedziała kręcąc głową. Wierzyła, ale nie chciała wierzyć. Chciała żeby dał jej święty spokój. Żeby zostawił ją tu samą, żeby zabrał te swoje kwiaty i pojechał gdzieś, byle dalej od niej. A przynajmniej rozum tego chciał.
Westchnął i uśmiechnął się smutno. - A jednak to prawda - stwierdził starając się ją przekonać. Naprawdę zależało mu, żeby uwierzyła.
- Zjawiasz się tutaj nie wiadomo skąd... z kwiatami, z jakimiś deklaracjami, a ja mam w to tak po prostu uwierzyć, tak?
Spuścił głowę zastanawiając się nad jej słowami. Faktycznie, miała rację. Jego słowa nic tutaj nie zmienią. Już nie.
- Powiedziałem coś, co naprawdę chciałem powiedzieć od... bardzo dawna. To i tak dużo. - Znowu oczekiwał na jakąkolwiek reakcję z jej strony. Ale ona nic nie robiła. Kompletnie nic. Siedziała tylko... i nic! Westchnął w końcu i położył kwiaty na jej łóżku. Chciał już wyjść, ale postanowił powiedzieć coś jeszcze. - Aha, Ula... mam jedną prośbę. Pomyśl proszę o tym co... co powiedziałem. Pomyśl czy... czy mogłabyś mi uwierzyć.
Znowu nic nie odpowiedziała, więc wyszedł, zakańczając ich rozmowę, chociaż to on głównie tutaj mówił. Gdy drzwi się za nim zamknęły zatrzymała łzy napływające do oczu. Starała się za wszelką cenę nie rozpłakać, nie pobiec za nim.
Marek po wyjściu z jej pokoju chciał od razu opuścić dom, jednak zatrzymał go Maciej wychodzący z kuchni. Spojrzał na Szymczyka pytająco.
- I jak? - zapytał ten.
- Nijak - odpowiedział. Nie uśmiechało mu się dzielić sprawami sercowymi z Maćkiem. Jednak on jedyny mógł w jakikolwiek sposób do Uli przemówić.
- Marek, słuchaj. Ja wiem, że ty byłeś u niej jakiś czas temu i zostawiłeś jej list. - Dobrzański zmarszczył brwi zastanawiając się co Maciej chce mu powiedzieć. - Ona przypadkiem napisała na nim adres ośrodka, do którego wyjeżdżała. Zostawiła tą kartkę w samochodzie. Wpadła mi w ręce i wiem, że nie powinienem, ale przeczytałem. Mam go jeszcze, na razie jej nie dałem, sam nie wiem dlaczego. W każdym razie powiem ci jedno. Jeśli to, co pisałeś w tym liście, było prawdą... to nie odpuszczaj. Ona cię kocha. Udaje obojętną bo boi się, że znowu ją zranisz, ale jeśli umiejętnie poprowadzisz waszą rozmowę, to ona na pewno ci wybaczy.
Marek spojrzał w okno i odetchnął. Nie spodziewał się takich słów od Maćka. Myślał raczej, że karze mu nigdy więcej się do Uli nie zbliżać.
- Maciej... teraz cały czas z nią rozmawiałem, ale ona nie chce mnie słuchać. Nie pozwoliła mi powiedzieć sobie, że... - Przymknął oczy i odetchnął lekko. - Że ją kocham. Ale oprócz tego, to ona... - Wypuścił szybko powietrze z ust. - Ja nawet nie wiem czy ona mnie słuchała. Nie wiem kompletnie jak mam do niej dotrzeć.
Szymczyk pokiwał głową. - Może po prostu nic nie mówić? - Marek spojrzał na niego jednocześnie zaskoczony, co zaintrygowany. - Po prostu wejść, usiąść i czekać.
- I co to ma dać? Będziemy siedzieć godzinę, dwie, albo pół nocy i żadne z nas się nie odezwie.
Szymczyk pokręcił głową. - Tak, ale będziesz. Łapiesz schemat? Ona chce żebyś był.
- Dobra... Będę. Okej. I co dalej?
- Marek, ja mam ci mówić jak masz przekonać dziewczynę, którą kochasz, żeby ci wybaczyła? Nie wiem.
Pokiwał głową. - No tak - mruknął. - Dobra. Może warto spróbować. Więc pójdę do niej - stwierdził. Po raz kolejny tego dnia wszedł do jej pokoju. Nie odezwał się bo usłyszał, że łka cicho.
Usłyszała skrzypnięcie drzwi. Była pewna, że to Maciej, Marek w końcu wyszedł. A jej przyjaciel pewnie po wyjściu Dobrzańskiego chciał pocieszyć przyjaciółkę. Przymknęła oczy starając się powstrzymać łzy płynące po jej policzkach, ale nic z tego. Otarła mokre policzki.
- Wiesz co, Maciej? - rzuciła nawet nie spoglądając za siebie. - Mam dość. Mam dość tej całej miłości. Najpierw mnie oszukiwał, a teraz myśli, że zdołam mu tak po prostu uwierzyć na słowo. Odwołał ten ślub, powiedział mi... - Odetchnęła kilka razy spazmatycznie. - Powiedział mi, że nie można ożenić się z kimś, kogo się nie kocha... kupił mi kwiaty... - Przygryzła wargę starając się powstrzymać łkanie. - Powiedział, że... że nie chce być z nikim innym, tylko ze mną... Ale ja nie potrafię mu zaufać, rozumiesz? Nie po tym wszystkim co mi zrobił. Czuję, że... - Załkała cicho. - Że bym się do niego przytuliła, powiedziała wszystko co mnie boli i w ogóle... ale nie umiem. Boję się. Nie chcę cierpieć jeszcze bardziej niż cierpię teraz. Bo to już i tak mnie przerasta. A gdyby kochał... gdyby naprawdę kochał... poddałby się tak łatwo, jak myślisz?
Marek wsłuchiwał się w ten wywód patrząc na nią ze smutkiem. Płakała przez niego. Znowu ją ranił. Bolało ją zarazem to, że przyszedł jak i to, że poszedł gdy stwierdził, że już nic nie wskóra. Postanowił w końcu się odezwać.
- Myślę, że gdyby kochał, to by został – powiedział odpowiadając na jej pytanie. Odwróciła się szybko i spojrzała na niego zdziwiona.
- Wszystko słyszałeś? – zapytała szeptem.
Kiwnął głową. Usiadł na jej łóżku. Nie odzywała się, więc on też nic nie mówił. Wbijał tylko wzrok w jeden martwy punkt, zupełnie jak ona. Słyszał co jakiś czas jej krótki urywany oddech, powstrzymywała jednak płacz, prawdopodobnie ze względu na to, że tu siedział. Zastanawiał się czy powinien się odezwać, coś zrobić, ale nic nie przychodziło mu do głowy, więc siedział nadal w jej pokoju.
- Naprawdę tak myślisz? – zapytała po jakimś czasie. Przez chwilę zastanawiał się o co jej chodzi. Dopiero po chwili zorientował się, że nawiązuje do jego odpowiedzi na pytanie zadane Maćkowi. Wzruszył brwiami.
- Wiesz… Z jednej strony tak, tak właśnie myślę. Bo jeśli się kocha to walczy się o tą osobę nawet jeśli nie wie się jak… powinno się zostać, poczekać na rozwój wydarzeń, próbować wytłumaczyć… A z drugiej myślę, że jeśli osoba, którą się kocha naprawdę nie chce tej obecności, to powinno się odejść, bo… jeśli się kocha to… trzeba pozwolić mu być szczęśliwym. Nawet wykluczając swoje szczęście.
Wsłuchiwała się w jego słowa. Mówił jakby nie rozmawiał o zaistniałej sytuacji, a po prostu brał udział w normalnej rozmowie na takie tematy.
- A ty jak myślisz? – zapytał niespodziewanie.
- Ja? – Odetchnęła. – Sama nie wiem… jeśli ma się pewność, że ta osoba przestała kochać to… to chyba powinno się odpuścić.
Pokiwał głową. – A jeśli ma się pewność, że nadal kocha?
Zamrugała kilka razy. Nerwowo splatała palce na kolanach. Ta dyskusja przybierała zdecydowanie niebezpieczny obrót i zaczynała żałować, że ją rozpoczęła. Mogła siedzieć cicho i czekać aż się zniechęci i pójdzie.
- Wtedy… - Odetchnęła. – Nie wiem. Wtedy trzeba robić to, co mówi serce.
Pokiwał głową. To akurat dużo mu nie pomogło. Wolałby raczej otrzymać bardziej jednoznaczną odpowiedź. Może wtedy łatwiej byłoby mu doprowadzić do szczęśliwego finału.
- A… a ty kochasz?
- Marek… - Spojrzała na niego. – Proszę cię.
- Nie Ula, nie. Ja tego nie zostawię tak po prostu, rozumiesz? Ula… zerwałem z Pauliną, odwołałem ślub, nie boję się powiedzieć otwarcie co czuję, pierwszy raz w życiu, rozumiesz? Pierwszy raz w życiu jestem gotów zrobić dla kogoś wszystko, a i tak nikt nie chce mi uwierzyć. I to jest cholernie dobijające, wiesz? Starasz się, biegasz, prosisz, załatwiasz, a i tak na końcu ktoś powie ci, ze sobie coś ubzdurałaś, że to bez sensu, że pomyliłaś romans z… z miłością. Więc proszę cię, chociaż ty uwierz, że ja naprawdę... że cię kocham.
To wszystko go już powoli przerastało. To, że nikt nie chciał mu uwierzyć, że ją kocha, że wszyscy mu wmawiali, że mu przejdzie. Musiał z siebie to wszystko wyrzucić raz a dobrze. Dłuższy czas nie odzywała się jakby przetrawiając jego słowa. On powoli zaczynał się niecierpliwić. Odetchnął kilka razy. W końcu postanowił się odezwać, bo cisza stawała się przytłaczająca. – Ula… wiesz, że to zawsze ty najbardziej we mnie wierzyłaś. Wierzyłaś, że nie jestem na wskroś zepsuty. Że jestem inny, niż chcę pokazać. I miałaś rację. Nigdy nie powinienem traktować miłości jak… jak coś co można kupić. A przez długi czas lekceważyłem to uczucie, raniłem wszystkich, którzy mnie kochają. A wtedy przyszłaś ty… i tak po prostu uświadomiłem sobie, że miłość to nie jest tylko seks i zabawa. Miłość to przyjaźń, wsparcie, zaufanie i dużo , naprawdę dużo innych rzeczy. I, Ula, ja właśnie przy tobie czuję te rzeczy. Długi czas tego nie rozumiałem, ale teraz już wiem. Wiem co czuję i wiem też czego chcę. Chcę być z tobą Ula, tylko z tobą. Nikt inny nie jest ważny, tylko ty. Nigdy więcej bym cię nie zranił. Nie mógłbym. Wierzysz mi?
Odetchnęła cicho wsłuchując się w jego słowa. Nie chciała już dłużej zgrywać obojętnej. Mówił takie słowa… wyznawał jej miłość… prosił o wybaczenie… zapewniał, że więcej nie skrzywdzi… Miałaby po prostu powiedzieć, że ma wyjść i nigdy więcej nie wracać do jej życia? Cierpiałaby wtedy na własne życzenie. Pokiwała lekko głową. Spojrzała na niego po chwili.
- Tak. Tak, wierzę.
Uśmiechnął się do niej. Widziała odmalowaną na jego twarzy wielką ulgę. Niepewnie odwzajemniła jego uśmiech. Usiadła na kanapie obok niego. Nawet nie zauważyła kiedy znalazła się w jego objęciach. Odetchnęła głęboko kilka razy odpędzając łzy, które nadal wpychały jej się do oczu, teraz jednak było to bardziej wzruszenie, czy szczęście, niż smutek.
- Przepraszam Ula – szepnął wprost do jej ucha. – Nigdy więcej cię nie skrzywdzę.
- Wiem.
Uśmiechnęła się do niego. Pocałował ją po chwili czule. Odwzajemniła jego pocałunek z początkowym wahaniem.
Jeszcze raz przepraszam za tak długą nieobecność ;)
Pozdrawiam :*
wtorek, 8 stycznia 2013
niedziela, 4 listopada 2012
1. Dopóki śmierć nas nie rozłączy
Wiem. Wiem, że zawaliłam. Długo mnie nie było. Ale już wracam z nowym opowiadaniem. Chyba 1 listopada natchnął mnie na to opowiadanie. Nie wiem kiedy będzie kolejna notka, bo ostatnio mam dużo nauki, ale postaram się jak najszybciej. Będę zaraz nadrabiać wasze notki ;)
„Dopóki śmierć nas nie rozdzieli”
Rozdział 1
Który raz stała tam szukając wspomnień
Obserwując tamtych dni gasnący płomień
Nie ma już i nie będzie tego więcej
Jak rozmawiać z zachodzącym dźwiękiem
Obserwując tamtych dni gasnący płomień
Nie ma już i nie będzie tego więcej
Jak rozmawiać z zachodzącym dźwiękiem
Siedziała na tarasie z
podkulonymi pod brodę kolanami. Wpatrywała się w szalejącą na dworze wichurę.
Drżała lekko smagana uderzeniami zimnego wiatru. Była ubrana zaledwie w cienki
top i dżinsy. Była zobojętniała na to, że marznie. Zza uchylonych drzwi
balkonowych słyszała sączącą się z radia muzykę. Wspomnienia przelatywały jej
przez myśli mimo tego, że starała się je stamtąd wyrzucić. Miała ochotę
przytulić się do kogoś, kto zrozumie co czuje, kto będzie potrafił powiedzieć,
że wszystko się ułoży tak, że da radę w to uwierzyć… Przymknęła oczy
wspominając swojego narzeczonego. Wiedziała, że nie przyjdzie do domu, nie
przytuli jej, nie pocałuje, już nigdy. Jakieś pół godziny temu wróciła z
pogrzebu, na którym pogoda doskonale odzwierciedlała jej nastrój. Cały czas
powstrzymywała targające ją emocje, ale nie potrafiła długo tak wytrzymać.
Rozszlochała się.
***
Kto wysłucha jej, kto zrozumie
Kto poczuje to co tylko ona czuje
Nie ma szans rozdział trzeba zamknąć
Warto ogrzać się żeby nie zamarznąć
Kto poczuje to co tylko ona czuje
Nie ma szans rozdział trzeba zamknąć
Warto ogrzać się żeby nie zamarznąć
Usłyszała dzwonek do drzwi. Wiedziała kto to,
więc nie zawracała sobie głowy doprowadzaniem się do porządku. Uchyliła drzwi
nawet nie patrząc przez wizjer. Uśmiechnęła się przez łzy do stojącego na
korytarzu mężczyzny. Odwzajemnił lekko jej uśmiech. Wpuściła go do środka i
pozwoliła mu przytulić się do siebie. Wtuliła się w niego i rozpłakała.
Wiedziała, że przy nim może pokazać co ją boli. Rodziny nie chciała martwić,
przyjaciółkom nie chciała się zwierzać, Maciek nie potrafił jej pocieszyć.
Dopiero Marek potrafił sprawić, że podniesienie się po upadku było trochę
prostsze.
- Dziękuję, że przyszedłeś. Napijesz się czegoś?
– zaproponowała. Widział, że jest jeszcze roztrzęsiona.
- Zrobię nam herbaty, a ty usiądź.
Spojrzała na niego z wdzięcznością. Marek
przygotował im po herbacie, po czym wrócił do przyjaciółki.
- Jak się czujesz? – zapytał ostrożnie dobierając
słowa.
Westchnęła ciężko. – Okropnie – przyznała. – Nie
mogę się pozbierać.
Objął ją po przyjacielsku. – Na pewno nie chcesz
urlopu? Naprawdę to nie byłby żaden problem, a ty byś odpoczęła. Co ty na to?
Pokręciła głową wbijając wzrok w filiżankę
herbaty trzymaną w dłoniach. – Jeśli nie będę pracować, to ciągle będę myślała
o Piotrze i wtedy nigdy się nie pozbieram.
- W każdym razie gdybyś zmieniła zdanie, to od
razu powiedz. Myślę, że chociaż kilka dni bez pracy zrobiłoby ci dobrze, ale
jak chcesz.
Zauważył, że jest lekko zmarznięta. Nic dziwnego,
cienki top nie był dobrym strojem na wczesny listopad. Nakrył ją leżącym obok
kocem. Uśmiechnęła się do niego blado.
- Chcesz porozmawiać? – zapytał widząc, że Ula
nie może poradzić sobie ze wspomnieniami. Odwróciła lekko wzrok. Od razu
wiedział jaka jest odpowiedz. – Okej. Poukładaj to sobie najpierw.
- Dzięki.
Nagle rozdzwonił się jego telefon. Skarcił się w
myślach, za niewyciszenie urządzenia. Spojrzał na nią przepraszająco i wyszedł
do kuchni żeby odebrać. – Tak? Jestem u Uli. Paula, nie dramatyzuj. Chcę z nią
trochę pobyć. Tak, przed nocą wrócę – zapewnił. – Nic nie mówiłaś o tym, że
przyjdzie Aleks. Poza tym nie sprawia mi przyjemności oglądanie jego buźki –
zironizował. – Muszę kończyć. – Rozłączył się i wrócił do salonu. –
Przepraszam, to było ważne – rzucił do Uli.
- Jedź. Poradzę sobie.
Pokręcił głową siadając obok niej. – Ulka,
obiecałem, że trochę z tobą posiedzę. A poza tym spotkania z Aleksem… no, nie
sprawiają mi przyjemności.
***
Trzeba składać to łącznie z sobą samą
By wędrować nawet drogą rozkopaną
Gdzie ma szukać jeśli niebo nie pomaga
Wszystko inne tylko ona taka sama.
By wędrować nawet drogą rozkopaną
Gdzie ma szukać jeśli niebo nie pomaga
Wszystko inne tylko ona taka sama.
- Marek, na pewno sobie poradzę. – Uśmiechnęła
się do niego, jak jej się wydawało, przekonująco. On jednak widział, że
wolałaby nie być sama. – Jedź. Już wystarczająco długo ze mną siedzisz. Zaraz
położę się spać, a jutro zobaczymy się w pracy.
- No okej – westchnął. – Jakbyś czegoś
potrzebowała to daj znać.
- Jasne, dzięki. Do jutra.
- Do jutra. Trzymaj się.
Próbuję… - przeleciało jej przez
głowę. Pokiwała jednak głową. Gdy Marek ruszył schodami w dół zatrzasnęła za
nim drzwi. Westchnęła. Nie chciała zostawać sama bo nie wiedziała, że wtedy nie
będzie miała żadnego powodu, dla którego będzie udawać, że jest dobrze i znowu
się rozpłacze. Mimo to nie mogła zatrzymywać Marka, miał przecież swoje życie i
narzeczoną, ona była tylko jego przyjaciółką, nikim więcej. Wróciła do salonu i żeby jeszcze przez chwilę
zająć czymś myśli umyła filiżanki po herbacie. Usiadła na podłodze opierając się
plecami o kanapę. Wpatrywała się dłuższą chwilę w białe drzwi od pokoju, w
którym Piotr często załatwiał jakieś papierkowe sprawy – od jakiegoś czasu był
zastępcą ordynatora oddziału kardiologii i czasem zdarzało mu się zabrać pracę
do domu. Podniosła się z podłogi i weszła do gabinetu. Przełknęła łzy. Niemal
widziała go jak siedzi za biurkiem i uśmiecha się do niej znad laptopa.
Pokręciła głową i westchnęła cicho. Usiadła na jego fotelu i okręciła się na
nim tak, żeby mieć przed sobą okno. Ile razy zastawała go w takiej pozycji,
zamyślonego. Przyglądała się chwilę Warszawie pogrążonej w mroku. Wichura już
ustąpiła, ale pierwsze w tym roku płatki śniegu wirowały w powietrzu. Okręciła
się dookoła tak, że znowu miała przed sobą biurko. Z całych sił starała się nie
płakać gdy zobaczyła stojące na blacie zdjęcie jej i Piotra. Przymknęła oczy.
Mimo to po jej policzkach mimowolnie popłynęły łzy. Wbiła wzrok w przestrzeń
przed nią. Zobaczyła nagle album ze zdjęciami leżący na biurku. Piotr musiał
ostatnio go przeglądać. Uśmiechnęła się przez łzy.
Pytała "Co mam zrobić, co pomoże mi?
Ja nie mogę dłużej w takiej samotności żyć...
Mija tyle dni, wokół puste ściany.
Dlaczego musiał odejść ktoś tak kochany?"
Ja nie mogę dłużej w takiej samotności żyć...
Mija tyle dni, wokół puste ściany.
Dlaczego musiał odejść ktoś tak kochany?"
Otworzyła album na pierwszej stronie i chwilę
patrzyła na ich wspólne zdjęcie. Pokręciła głową. To wszystko było bez sensu,
bo zamiast pogodzić się z tym, że go nie ma, to jeszcze bardziej bolało. Podniosła
z jego fotela i wyszła z pokoju zamykając za sobą drzwi. Odetchnęła głęboko.
Postanowiła wziąć szybki prysznic i położyć się do łóżka, może zdoła zasnąć.
***
Marek niechętnie wszedł do domu. Chwilę
nasłuchiwał w progu, ale na szczęście nie usłyszał nic co zwiastowałoby
obecność Aleksa. Zdjął marynarkę i buty, po czym przemknął do sypialni. Miał
nadzieję na to, że będzie mógł bezszelestnie udać się do łazienki, wziąć
prysznic i położyć się udając, że śpi i uniknąć awantury, niestety Paulina siedziała
na łóżku. Udał, że cieszy się na jej widok.
- Cześć
kochanie – rzucił. – Aleks już poszedł?
- Tak. Czekaliśmy na ciebie, ale nie wracałeś.
Wywrócił oczami. – Taaak, Aleks na pewno czekał
na mnie z utęsknieniem – zironizował. – Przecież ci mówiłem, że nie mam ochoty
spotykać się z twoim bratem.
Pokiwała głową patrząc na niego z wściekłością.
- No tak, wolisz siedzieć z Brzydulą.
Wywrócił oczami z westchnieniem. – Nadal ją tak
nazywasz? Myślałem, że to przezwisko umarło śmiercią naturalną jakieś dwa lata
temu – odparł. – Tak, wolałem siedzieć z Ulą, bo jest moją przyjaciółką i
potrzebuje wsparcia.
- A ty jesteś pierwszy chętny do pomocy. Nie ma
innych znajomych?
- Obiecałem jej, okej?! Przepraszam cię, ale
jestem zmęczony i nie mam ochoty na kłótnie – warknął i zamknął się w łazience.
Wziął prysznic i przebrał w piżamę. Oparł się o umywalkę i spojrzał w lustro. Pokręcił
głową z westchnieniem. Nie znosił się kłócić z Pauliną, jednak czasem nie dało
się inaczej. Była przewrażliwiona. Rozumiał to w końcu swego czasu miał z Ulą
romans. Mogłaby się jednak już przyzwyczaić, że Ula była z Piotrem, a on nic
nie kombinował, mało tego! Od czasu jak Ula odeszła nie zdradził Pauliny ani
razu. Zastanawiał się tylko nad jednym – po cholerę on do niej wracał? Teraz byłby
sam, ale nie musiałby się chociaż użerać z Paulą. Wyszedł w końcu z łazienki i
nie zważając na narzeczoną i położył się do łóżka udając, że zasypia.
***
Gdy jest ciemno, chłodny wiatr, ona wraca tam
Widzi jego, widzi siebie jak tamtego dnia
Przypomina sobie gwiazdy co spadają
One chyba jednak życzeń nie spełniają
Widzi jego, widzi siebie jak tamtego dnia
Przypomina sobie gwiazdy co spadają
One chyba jednak życzeń nie spełniają
Zasnęła dopiero nad ranem, a gdy się obudziła
było już dobrze po dwunastej. Westchnęła ciężko. Tak naprawdę to wcale nie
miała ochoty iść do pracy. Wiedziała, że Marek nie miałby jej za złe gdyby ten
raz jeszcze została. Jednak już kilka dni jej odpuścił. Im dłużej będzie
siedzieć w domu tym więcej zaległości sobie narobi, bo nie sądziła, że Viola
wzięła na siebie jej obowiązki. Sięgnęła telefon i wybrała numer do szefa.
Odebrał po czwartym sygnale.
- Hej Marek. Spóźnię się trochę, bo zaspałam –
rzuciła. – Nie, daj spokój, przyjdę. Odpoczęłam, wyspałam się dzisiaj. Mówiłam
ci już dlaczego nie chcę brać urlopu. Zaległości sobie tylko narobię… No nie
powiedziałabym, że się nie opłaca przychodzić, jeszcze pięć godzin pracy
zostało. Muszę kończyć, cześć.
Rozłączyła się i odłożyła telefon na szafkę.
Rzeczywiście chętnie zostałaby jeszcze w domu i odpoczęła, jednak doskonale
siebie znała i wiedziała, że im dłużej będzie sobie pozwalać na nie chodzenie
do pracy, tym więcej będzie wspominać i rozmyślać. Zwlekła się z łóżka, wzięła
prysznic, zjadła coś szybko i wyszła z domu nie zapominając o zamknięciu drzwi.
Wyszła z bloku i wtuliła twarz w szal chroniąc się przed podmuchami lodowatego
wiatru. Dotarła na przystanek autobusowy i sprawdziła rozkład. Autobus miał
przyjechać za jakieś trzy minuty więc zaczęła go wypatrywać, gdy nagle
zobaczyła znajome auto. Zmarszczyła brwi zaskoczona, jednak nie mogła
powstrzymać lekkiego uśmiechu.
- Co tu robisz? – zapytała. – Nie powinieneś być
w pracy?
- Wsiadaj – rzucił tylko otwierając jej drzwi od
środka. Gdy rozgrzała się już w ciepłym wnętrzu samochodu przeniosła na niego
wzrok.
- Nie musisz specjalnie wyrywać się z firmy, żeby
mnie podwozić – stwierdziła z przyganą. Nie powinien opuszczać posterunku z tak
błahego powodu.
- Daj spokój Ulka. Byłem na mieście, musiałem coś
załatwić w banku, miałem po drodze.
Pokiwała głową. – No dobra. Mam dużo zaległości?
– zapytała. W końcu przez ostatnie kilka dni w pracy nie pojawiła się nawet
raz.
- Zdziwisz się, ale nie. Viola wzięła większość
na siebie.
- Żartujesz? – Pokręcił głową. – No proszę. Miło
z jej strony. Będę musiała jej podziękować – stwierdziła. Marek spojrzał na nią
kątem oka.
- Jak się czujesz?
Westchnęła. – Dobrze – odparła przekonująco.
Przez ostanie kilka dni usłyszała to pytanie już tyle razy, że nauczyła się
odpowiadać na nie przekonująco.
Przez dłuższą chwilę milczeli wsłuchując się w
warkot silnika. W końcu dojechali do firmy. Marek wysiadł z windy już na
trzecim piętrze usprawiedliwiając się tym, że musi załatwić coś z
informatykami, a Ula pojechała na piąte piętro. Przywitała się z Anią i kilkoma
innymi ludźmi, po czym weszła do sekretariatu. Violetta gdy tylko ją zobaczyła
natychmiast porwała ją w objęcia.
- Jak się czujesz Ulka? – zapytała gdy już
wylewnie przywitała przyjaciółkę.
- W porządku. Naprawdę – dodała widząc, że Viola
patrzy na nią przenikliwie. – A właśnie. Dziękuję, że zajęłaś się moją robotą.
- Nie ma sprawy Ulka. – Machnęła ręką. - Na pewno wszystko okej? Gdybyś czegoś
potrzebowała, to wal jak w mur.
- Dzięki. Ale… wszystko gra. Jest dobrze –
skłamała po raz kolejny. Po chwili wrócił Marek. Stwierdził, że będzie u
siebie, po czym zamknął się w swoim gabinecie.
***
Chodź, powiedz mi jak bardzo tęsknisz
I jak zniszczony jest twój pamiętnik
Uwierz w to, że nikt tak nie znika
On wziął parę dni wolnych od życia.
I jak zniszczony jest twój pamiętnik
Uwierz w to, że nikt tak nie znika
On wziął parę dni wolnych od życia.
Jechali samochodem w kierunku jej domu
rozmawiając. Marek starał się ją zabawiać rozmową. Była mu za to wdzięczna, bo
musiała skupiać się na jego słowach, a nie na swoich myślach. Wiedziała jednak,
że gdy tylko zamknie za sobą drzwi od mieszkania już nie będzie udawała, że nie
cierpi, będzie płakać przez pół nocy. Spojrzała przez okno nie słuchając przez
chwilę swojego towarzysza.
- Marek, masz dużo czasu?
- Tyle ile będziesz znosić moje towarzystwo. A
co?
- Mógłbyś się na chwilę zatrzymać?
Spojrzał na nią zaskoczony, ale gdy zobaczył, że
patrzy w kierunku cmentarza, pokiwał głową ze zrozumieniem. Zaparkował w
pierwszym wolnym miejscu i zgasił silnik. – Zaraz wrócę – zapewniła.
- Nie spiesz się, poczekam.
Pokiwała głową i wysiadła z samochodu. Dłuższą
chwilę wpatrywał się w dziewczynę, aż nie znikła mu z pola widzenia. Wpatrywał
się w wirujące płatki śniegu, w dzieci szalejące na sankach, ludzi
sprzedających znicze nieopodal cmentarza. Spojrzał na zegarek. Ula nie wracała
od dłuższego czasu. Postanowił jej poszukać, było zimno, a nie chciał żeby się
rozchorowała, co było nieuniknione jeśli tak długo będzie przebywać na mrozie.
Wysiadł z samochodu i wszedł na teren cmentarza. Nie było tam bardzo dużo ludzi
i już po kilku minutach błądzenia pomiędzy nagrobkami dojrzał Ulę. Podszedł do
niej powoli.
- Wszystko okej? – zapytał gdy już był na tyle
blisko, że mogła go usłyszeć. Pokiwała głową.
- Tak. Wspominam sobie. – Uśmiechnęła się lekko.
- Jeśli chcesz być sama, to…
- Nie, nie przeszkadzasz – odparła. – Wiesz…
czasem myślę… - Zamrugała szybko kilka razy. – Czasem myślę, że to nie fair, że
Piotr zginął w tym wypadku a ja nie.
- Ula, nie mów tak – odparł natychmiast.
Delikatnie podniósł jej palcami głowę tak, że musiała na niego spojrzeć. – Nie możesz
tak myśleć. Wiem, że jest ci ciężko. Ale Piotr na pewno nie chciałby żebyś się
tak zadręczała.
Milczała przez chwilę.
- Jedźmy już – odezwała się po chwili.
- Dobrze.
Ruszyli wspólnie w kierunku wyjścia z cmentarza.
Muzyka:
Verba – Młode Wilki 5
Verba – Młode Wilki 7
niedziela, 7 października 2012
22. Zakład
Epilog ten zadedykuję Natalii, która podrzuciła mi pomysł
na niego, więc bez niej pewnie by nie powstał :) Dzięki :*
Może nie jest on zbyt długi, ale moja wena naprawdę nie
pozwoliła mi sklecić czegoś porządnego. Na pocieszenie dodam, że postaram się w
najbliższym czasie wstawić pierwszy rozdział czegoś nowego.
„Zakład”
Rozdział
22 – Epilog
W domu numer osiem w podwarszawskim Rysiowie
od rana panowało wielkie poruszenie. Najstarsza latorośl Józefa wychodziła
dzisiaj za mąż. W domu jej przyjaciółki pomagały jej się uszykować, a Pshemko,
który także wpadł, panikował, że zniszczą jego dzieło, jakim była suknia
ślubna. Ula nie mogła odnaleźć się pośród tego całego harmidru i w końcu
zamknęła się chociaż na chwilę w swoim pokoiku. Odetchnęła i uśmiechnęła się
sama do siebie. Była naprawdę szczęśliwa, jak nigdy. Ostatnie miesiące były
najlepszymi w jej życiu. Nigdy nie podejrzewała, że mogłaby być tak szczęśliwa.
Na dodatek z mężczyzną, którego kochała nad życie. Wiedziała, że już nigdy jej
nie okłamie – po prostu była tego w stu procentach pewna. Ufała mu jak nikomu
innemu. Spojrzała przez okno na letnią aurę. Była naprawdę piękna pogoda. Nie
było upału, ale nie było też zimno. Idealnie. Usłyszała nagle pukanie do drzwi,
więc wyszła z pokoju. Na nowo wpadła w ręce swoich przyjaciół.
Marek stał przy drzwiach kościoła czekając
na swoją narzeczoną. Był naprawdę szczęśliwy, jak nigdy. Wiedział, że nigdy nie
będzie żałował tego wyboru tego, że ożenił się właśnie z Ulą. Bo ślub mógł
wziąć tylko z nią.
- Hej, Marek! – Usłyszał znajomy męski głos
za sobą, wypowiadający z angielskim akcentem jego imię. Odwrócił się z
Uśmiechem
- Travis, cześć – przywitał się z
przyjacielem. Poznał go gdy jeszcze przebywał w Dublinie. Uściskali się po
przyjacielsku.
- Cześć. Sandra i Meg będą, ale dopiero na
weselu. To jak, poznam w końcu tą pannę, dla której wróciłeś z powrotem do
Polski?
Marek uśmiechnął się zauważając wjeżdżający
na teren kościoła samochód. – Już za chwilę – odparł. W końcu z samochodu
wyszła Ula. Uśmiechnął się do niej szczęśliwie. Odwzajemniła uśmiech. Była
piękna, dla niego najpiękniejsza.
- Cześć kochanie – przywitał się z nią, po
czym pocałował. Przedstawił ją z Travisem. Po chwili usłyszeli Marsz
Mendelsona, więc weszli wspólnie do kościoła. Tworzyli cudowny obrazek. Na
kilometr było widać bijącą od nich miłość. Doszli do ołtarza i zaczęli
wsłuchiwać się w wypowiadane przez księdza słowa mszy.
W końcu nadszedł czas na wypowiadanie
przysięgi małżeńskiej. Przez cały czas patrzyli sobie w oczy z miłością. Nigdy
nie sądzili, że będą mogli być tak szczęśliwi, po tym wszystkim, co wydarzyło
się między nimi. Ale Marek udowodnił Uli, że może mu ufać, że nigdy więcej jej
już nie oszuka. Zdołała mu zaufać.
Gdy nałożyli na swoje palce obrączki,
usłyszeli wypowiadane z ust księdza – Możesz pocałować pannę młodą.
Marek nie zwlekał i natychmiast to uczynił.
Wirowali w swoich ramionach w rytm muzyki.
Niemal unosili się nad ziemią. Stanowili piękną parę. Patrzyli sobie głęboko w
oczy z miłością i szczęściem.
- Kocham cię – odezwał się. Uśmiechnęła się
do niego.
- Ja też cię kocham – odparła.
Po skończeniu pierwszego tańca, dołączyły do
nich także inne pary. Oni na ten jeden taniec pozostali jeszcze w swoich
ramionach wiedząc, że potem będą rozrywani przez gości.
- Jestem bardzo ciekawa – odezwała się nagle
z wesołym uśmiechem – jak ty wytrzymasz ze mną przez następne lata – dokończyła
drocząc się z nim.
Uśmiechnął się do niej zawadiacko.
- A założymy się, że wytrzymam?
środa, 26 września 2012
21. Zakład
„Zakład”
Rozdział 21
Powiedz mi proszę co myślisz chociaż raz
wykrzycz mi głośno wszystko co byś chciał
Powiedz gdzie jesteś czy tak będziemy trwać
osobno juz dawno choć razem cały czas
wykrzycz mi głośno wszystko co byś chciał
Powiedz gdzie jesteś czy tak będziemy trwać
osobno juz dawno choć razem cały czas
Marek krążył wokół
ławki w parku. Czekał na Maggie. Musiał z nią porozmawiać, wyjaśnić,
przeprosić, a potem… Potem wrócić. Do Polski. Do Uli. Nie było innej
możliwości. Nie mógł zrobić inaczej. Umierał z tęsknoty, a po rozmowie z
Sebastianem uświadomił sobie, że Ula również cierpi. Zauważył Meg idącą alejką
w jego stronę. Trochę obawiał się tej rozmowy, ale wiedział, że musi ją
przeprowadzić. Musiałby to zrobić nawet gdyby nie planował jechać do Polski.
Nie chciał jej ranić, bo była jego przyjaciółką. Nie mógł znowu popełniać
takiego błędu. Bo potem znowu miałby wyrzuty sumienia. Kobieta podeszła do
niego. Nie widział w wyrazie jej twarzy szczęścia, a raczej… zrozumienie. Jakby
domyślała się co chce jej powiedzieć.
- O co chodzi? –
zapytała. Odetchnął. Wiedział co ma powiedzieć.
- Maggie… musisz o
czymś widzieć. Chodzi o to, że ja… nie możemy być razem. Przepraszam. Wiem co
do mnie czujesz, ale ja nie potrafię tego odwzajemnić, a nie chcę cię ranić,
ani dawać ci nadziei.
- Rozumiem –
przyznała. – Domyślałam się, że prędzej czy później tak to się skończy.
- Meg ja… nie
chciałem cię ranić. Po prostu myślałem, że mogę, że jestem w stanie cię
pokochać. Przepraszam cię.
- Nie mam do ciebie
żalu. A nawet cię rozumiem. Mówiłeś mi, że chcesz zapomnieć o czymś, co się
wydarzyło w Warszawie… a raczej o kimś. A ja mimo to cię pocałowałam, chociaż
wiedziałam, że nadal kochasz kogoś innego. Ale przecież możemy dalej się
przyjaźnić, prawda?
- Tak, pewnie. Ale
Maggie, ja… wracam do Polski. A przynajmniej jadę tam, może wrócę, ale szczerze
mówiąc mam nadzieję zostać.
- Jedziesz do tej
dziewczyny?
- Tak… spróbuję
ostatni raz.
- W takim razie
powodzenia.
***
Może to nie nam pisana jest
taka miłość aż po życia kres
taka miłość aż po życia kres
Znowu płakała przez niego. Już nawet nie liczyła,
który to już raz. Oni chyba jednak nie byli sobie przeznaczeni, ale nie mogła
się pogodzić z tą myślą. Chciała wierzyć, że jeszcze kiedyś będą mogli być
razem szczęśliwi. Może nie dzisiaj, ani nie jutro, ale kiedyś. Chciała żeby to
okazało się tylko złym snem. Że jak się obudzi, to Marek będzie przy niej, tak
jak wtedy na ich wyjeździe.
- Ulka…
- Viola, naprawdę nie chcę o tym rozmawiać.
Po tym jak wróciła do Polski pojechała do
Sebastiana i Violetty. Nie chciała jechać do Rysiowa, żeby tata się nie
martwił. Musiała mieć możliwość płaczu. Objęła poduszkę przytulając ją do
siebie. Zamknęła oczy. Jednak gdy je otworzyła nie obudziła się wtulona w
Marka, a nadal znajdowała się w pokoju gościnnym domu jej przyjaciół i płakała
przez mężczyznę, którego kochała nad życie, bo ułożył sobie życie bez niej.
Wiedziała, że gdyby nie odtrącała go wtedy i nie mówiła, że nie chce go znać,
to zostałby. Ale była wtedy zbyt zraniona, żeby myśleć, że za pół roku będzie
potrzebowała jego obecności i jego oplatających ją ramion. Ale dlaczego nie
protestowała, gdy powiedział jej, że wyjeżdża? Czemu wtedy go nie zatrzymała?
Uniosła się dumą, ale teraz cierpiała z tego powodu. Chciała żeby on teraz
wszedł i przytulił ją do siebie nic nie mówiąc. Teraz chciała po prostu poczuć
jego zapach i obecność. Nic więcej nie potrzebowała. Tylko żeby był.
- Ula.
- Violetta, nie mam nastroju, proszę cię… -
powstrzymywała się od łkania.
- No okej, chciałam tylko spytać, czy jesteś
głodna, bo robimy kolację.
Westchnęła cicho. – Mogę coś zjeść.
- Okej.
Violetta znowu zostawiła ją samą. Taka samotność
jej odpowiadała. Jedyną osobą, która mogłaby bezkarnie teraz jej przeszkodzić w
cierpieniu był Marek. Wręcz chciała żeby jej przeszkodził. Żeby przyszedł. Żeby
po prostu przyszedł i nic więcej. Otarła łzy, gdy usłyszała wołanie Sebastiana
żeby przyszła na kolację. Odetchnęła kilka razy uspokajając oddech, po czym
wyszła z pokoju. Może nie wyglądała zbyt optymistycznie, ale nie przejmowała
się tym teraz aż tak bardzo.
- Ula, na pewno wszystko gra?
- Tak Viola. Jest okej… - Uśmiechnęła się do nich
przekonująco. Seba z Violą spojrzeli na siebie porozumiewawczo, ale postanowili
nie męczyć jej pytaniami.
***
To nieprawda, że ciebie już nie mam
choć daleko jesteś stąd,
To nieprawda, że ciebie już nie mam
trzymam twoją dłoń
choć daleko jesteś stąd,
To nieprawda, że ciebie już nie mam
trzymam twoją dłoń
Siedział w samolocie.
Sam nie wiedział co robi, ale podświadomie czuł, że robi dobrze. Musiał się z
nią zobaczyć. Tylko raz… ostatni raz. Wiedział, że obiecywał sobie zobaczyć ją
„ostatni raz” już kilka razy, ale tym razem był to ostatni raz… chyba, że ona
sama powie żeby został. Wtedy nigdzie nie wyjedzie. Teraz miał pewność, że
dobrze robi lecąc do Polski. Nie wiedział z czego wynikała ta pewność, ale
wiedział, że to jak na razie jego najlepsza decyzja od dawna. Nie wiedział
nawet co planuje zrobić, jak już znajdzie się w Warszawie. Ale musiał zrobić coś.
W końcu wysiadł z
samolotu i odzyskał swój bagaż. Gdy wyszedł z zatłoczonego lotniska na znajome
ulice Warszawy, uśmiech sam wpłynął mu na twarz. Brakowało mu tego miejsca,
ludzi, wszystkiego. Ale postanowił, że na sentymenty będzie miał czas później.
Teraz musiał zrobić coś zupełnie innego. Przysiadł na walizce z braku wolnej
ławki i wyjął telefon z kieszeni. Zmienił kartę z angielskiej na polską i
wybrał numer do Sebastiana.
- Cześć Seba –
rzucił. – Gdzie jest Ula?
- Co?
- No, gdzie jest Ula.
- No teraz u nas.
- Będę za… - Spojrzał
na zegarek. – Za jakieś piętnaście minut. Nie mów nic Uli.
- Ale Marek, o co chodzi?
- Potem pogadamy.
Zaraz u ciebie będę.
Rozłączył się i
pociągnął walizkę w kierunku postoju taksówek. Wsiadł do jednej z nich i podał
kierowcy adres Seby. Odetchnął cicho. Nie wiedział co powie, co zrobi… Nie miał
żadnego planu. Jednak już dawno nauczył się, że nie warto nic planować. I tak
wszystko zawsze wychodzi inaczej. Po zapowiadanych piętnastu minutach zadzwonił
domofonem do mieszkania przyjaciela. Otworzył mu drzwi, więc wdrapał się na
drugie piętro i zapukał.
- Marek, powiesz mi o
co chodzi?
- Muszę porozmawiać z
Ulą.
- Położyła się wcześniej,
była zmęczona. Ale wchodź. Nic nie mówiłeś, że przyjedziesz.
- Bo sam o tym nie
wiedziałem – przyznał. – Gdzie jest Ulka?
Sebastian wskazał mu
odpowiednie drzwi. Przywitał się po drodze z naprawdę zaskoczoną jego widokiem
Violettą, po czym cicho wszedł do pokoju. Ula spała na łóżku, na jej policzkach
mógł zauważyć błyszczące ślady po łzach. Westchnął cicho. Nie chciał żeby
musiała przez niego płakać. Wyjeżdżał przecież właśnie po to, żeby nie płakała.
Podszedł do niej i delikatnie odgarnął włosy z jej policzka. Przysiadł na
rancie łóżka i po prostu na nią patrzył. Nie chciał jej budzić. Po jakimś
czasie zaczęła się przebudzać. Uchyliła powieki i przetarła jeszcze trochę
zaspane oczy. Przeciągnęła się lekko. Marek przyglądał się jej z rozczuleniem.
Napotkała go wzrokiem i spojrzała na niego zaskoczona.
- M-marek? – niemal
szepnęła.
- Cześć.
Podniosła się do
pozycji siedzącej. Patrzyła na niego jakby nie dowierzając, że tu siedzi. Nie
było to zbyt realne. Przecież dopiero co go tutaj nie było.
- Co tu robisz? –
zapytała, jednak nie wyczuł w jej głosie złości, że pokazał jej się na oczy.
Trochę go to ucieszyło.
- Musiałem
przyjechać. Wiem, że byłaś u mnie… to znaczy w Dublinie.
Pokiwała głową
spuszczając wzrok. Zauważył smutek i ból w jej oczach. Musiało naprawdę ją
zaboleć, że kogoś ma. Odważył się nakryć jej dłoń swoją. Spojrzała na niego
zaskoczona tym gestem.
Przytulam cię, przenoszę przez ten most
co jeszcze wiem, nie spłonął wciąż.
co jeszcze wiem, nie spłonął wciąż.
- Tak byłam –
przyznała. Z prawdziwą przyjemnością słuchał jej głosu. Naprawdę za tym
tęsknił. Chciał przytulić ją do siebie już teraz, poczuć jej zapach i dotyk,
ale nie chciał jej wystraszyć. – Ale… - Pokręciła głową.
- Wiem. Zobaczyłaś
mnie z moją…
- Z twoją dziewczyną
– dokończyła za niego ze smutkiem w głosie. Westchnął cicho.
- Ula… ja jej nie
kocham, to jest moja przyjaciółka.
- Z przyjaciółką się
nie całuje, a na pewno nie tak. Zresztą ty mi się nie musisz tłumaczyć.
Wstała i podeszła do
okna. Naprawdę chciała się do niego przytulić, powiedzieć żeby nigdzie już nigdy
nie odchodził, żeby nigdy jej nie zostawiał… ale chciała najpierw od niego
usłyszeć, że nadal ją kocha. Miała łzy w oczach. Poczuła jego obecność za
swoimi plecami. Nie obejmował jej, ale ona chciała poczuć jego dotyk, jak
jeszcze nigdy. Naprawdę za nim tęskniła.
- Ja i Meg, to nie
było… to nie było naprawdę. Bo naprawdę to ja tylko ciebie… - zamilkł, nie
wiedząc jak zareaguje na to słowo, które tak bardzo chciał wypowiedzieć. Miała
pełno łez w oczach. Chciała żeby powiedział to co chciał.
- Ty tylko mnie, co?
– zapytała. Nadal na niego nie patrzyła, ale czuła, że jest naprawdę blisko.
Czuła jego oddech na karku. Gdyby teraz się odwróciła od razu wpadłaby w jego
ramiona.
Nie odpowiadał.
Zamrugała kilka razy. Nie wiedziała co go powstrzymywało.
Jej serce rwało się
do niego, jak jeszcze nigdy do nikogo. – Ula… przepraszam. Nie chciałem żebyś
musiała przeze mnie płakać.
Odwróciła się do
niego przodem, ale nie wpadła w jego ramiona, tak jak się spodziewała.
Spojrzała mu w oczy. – Powiedz to – poprosiła.
Zobaczył w jej oczach
niemą prośbę. Naprawdę chciała to usłyszeć. On się bał to powiedzieć, ale gdy
zobaczył to spojrzenie…
- Kocham cię.
Wtuliła się w niego.
Objął ja przytulając do siebie. – Tęskniłam – wyszeptała. – Nie mogłam sobie
poradzić z tym, że ciebie nie ma.
Pocałował ją w czoło.
– Ale już jestem – szepnął wprost do jej ucha. Otarł samotną łzę spływającą po
jej policzku. Objął ją przytulając do
siebie mocniej. Oplotła jego szyję ramionami. Czuła jak dłonią delikatnie głaszcze
ją po plecach. Wtuliła się w zagłębienie jego szyi.
- Zostaniesz? –
szepnęła. – Nie wyjedziesz?
Odsunął ją od siebie
lekko i spojrzał jej w oczy. – Zostanę.
Uśmiechnęła się do
niego. Serce mu mocniej zabiło gdy zobaczył ten uśmiech. Zbliżył się do jej
ust. Odwzajemniła pocałunek. Oboje naprawdę za sobą tęsknili. – Kocham cię –
powiedziała, gdy już się od siebie oderwali.
Monika Brodka – „Znam
cię na pamięć”
Łukasz Zagrobelny –
„Nieprawda”
wtorek, 25 września 2012
20. Zakład
Wielkimi krokami zbliżamy się do końca tego opowiadania. Jeszcze +/- 4 rozdziały.
„Zakład”
Rozdział 20
Potem nas budzi chłód poranka
I pewność się wynurza z mgły
Że ta dziewczyna śpiąca obok
To znów nie ty, nie ty
Nie ty
Spacerowali ulicami Dublina rozmawiając wesoło.
Marek jednak cały czas czuł wyrzuty sumienia i doskonale wiedział, że to jest
bezsensu. Bo Meg była jego przyjaciółką, a on nie chciał ranić już więcej
ludzi. Gdyby istniała jakakolwiek szansa, że zdoła w końcu się w niej zakochać,
to może by brnął w to dalej. Ale jego serce należało do Uli. Mógł temu
zaprzeczać i próbować być z kimś innym krzywdząc przy tym i siebie i tą
dziewczynę, której znowu zrobi nadzieję. Chyba jednak lepiej byłoby już gdyby
był sam.
- Mark? Wszystko okej? – Przeniósł wzrok na swoją
dziewczynę. Uśmiechnął się do niej przekonująco.
- Tak, w porządku – potwierdził. Wiedział, że w
końcu będzie musiał z nią porozmawiać, ale jeszcze nie teraz. Nie dziś.
Westchnął cicho. Po co on w ogóle się na to zgadzał. Meg nie była Ulą i
wiedział, że nigdy nie zdoła jej pokochać. – Idziemy do parku? – zaproponował,
chcąc zmienić temat.
- Jasne – zgodziła się.
Marek czasami odnajdywał plusy takiej, która była
kiedy były akurat zlecenia. Mógł sam zagospodarować sobie czas, częściej
trafiały się luźniejsze dni, mógł zawalić sobie jeden dzień robotą jeśli
potrzebował jednego czy dwu dni wolnego i nikt nie miał o to do niego
pretensji, bo wyrabiał się w terminach. Ale czasem tęsknił za pracą w FD, a
raczej za ludźmi, z którymi tam pracował. A szczególnie za Ulą. Coraz częściej
miał ochotę wrócić do Warszawy. Źle się czuł oddalony tak bardzo od przyjaciół,
rodziny, Uli. Myślał, że będzie łatwiej wytrzymać mu w Dublinie. To miała być
ucieczka, ale zmieniła się ona w prawdziwie piekło.
***
Został twój ślad
głęboko tam
twoja muzyka we mnie gra
tam na dnie
został twój ślad
i moja łza
bo świat się pomylił
Musiała przyznać, że miała już serdecznie dość
wszystkiego. Święta już minęły, ale ona nadal nie mogła się pozbierać, po tym
jak dostała od niego ten list i kamień księżycowy. Już powoli zaczynała układać
sobie życie, coraz lepiej wychodziło jej udawanie, że o nim nie myśli. A teraz
czuła, że naprawdę go potrzebuje. Już nie miała wątpliwości – naprawdę mu
wybaczyła. Potrzebowała tych sześciu miesięcy, żeby mu wybaczyć i uświadomić to
sobie. Przytuliła do siebie poduszkę wtulając w nią twarz.
- Wróć – szepnęła.
Zadzwonił jej budzik, więc niechętnie zwlekła się
z łóżka i uszykowała do pracy. Jasiek i Beatka mieli jeszcze ferie świąteczne,
więc nie budziła ich bladym świtem. Zjadła coś i wyszła z domu. Mróz zaszczypał
ją w policzki. Wtuliła twarz w szalik i ruszyła na przystanek autobusowy.
Zajęła w busie jakieś wolne miejsce i wbiła wzrok w ośnieżony krajobraz.
Zastanawiała się znowu co u Marka. Wczoraj sprawdziła prognozę pogody – u niego
również spadł śnieg. Wiedziała, że nie przepadał za taką pogodą i wtedy
najchętniej nie wyściubiałby nosa z domu. Uśmiechnęła się smutno. Z jego listu,
który od niego dostała nic nie wynikało. Nie wiedziała, czy kogoś ma, czy jest
szczęśliwy, nic nie wiedziała. Nawet nie znała jego adresu żeby móc mu odpisać
i zapytać o to wszystko.
W końcu autobus zatrzymał się przed firmą.
Przywitała się z panem Władkiem i wymieniła z nim kilka słów o pięknej, chodź
mroźnej pogodzie. W końcu mogła zamknąć się w swoim gabinecie, jednak ta
samotność wcale nie przynosiła jej ulgi. Westchnęła ciężko przyciskając czoło
do drzwi. Czuła, że dłużej nie wytrzyma nie wiedząc co z Markiem, czy jest
szczęśliwy, czy może cierpi tak jak ona. Bo jeśli cierpi, to czemu mają oboje
się tak katować? Wyszła z gabinetu i pomaszerowała prosto do gabinetu
Sebastiana. Postanowiła działać, zanim przemyśli wszystko jeszcze raz i dojdzie
do wniosku, że to nie ma sensu. Weszła do gabinetu chłopaka przyjaciółki.
- Cześć Sebastian. Mogę ci zająć chwilę?
- Pewnie. O co chodzi?
Uli już minął żal nie tylko do Marka, ale także
do Seby. Zresztą Olszański przyznał, że ten zakład to był durny pomysł. Marek
pewnie też by to przyznał, gdyby dała mu to powiedzieć.
- Masz może jakiś kontakt z Markiem?
Sebastian spojrzał na nią zaskoczony. Rozmawiali
czasami, a nawet spotykali się po przyjacielsku wraz z Violą, ale nigdy nie
poruszali tematu Marka wiedząc, że Ulę on drażni. A teraz ona sama zaczęła
rozmowę o nim.
- No mam – przyznał. – Chcesz jego numer?
- Szczerze mówiąc to wolałabym adres.
Sebastian kiwnął głową i nakreślił na żółtej
karteczce samoprzylepnej adres zamieszkania Marka. Wręczył kartkę Uli.
- Mam
prośbę… nie mów Markowi, dobrze?
- Okej.
- Dziękuję Seba.
***
Teraz, gdy w ruchomych piaskach tonę
I kiedy cała przeszłość przed oczami
Rozumiem, rozumiem swój błąd,
Lecz cofnąć się nie mam szans
Kiedy ziemia niknie pod nogami
I gdy już wiem, że mogłam wszystko zmienić
Rozumiem, już rozumiem swój błąd,
Lecz za późno już…
Z niecierpliwością, ale i rosnącym niepokojem
odliczała dni do weekendu. Nie chciała brać wolnego w tygodniu, więc
postanowiła zarezerwować na swoje plany sobotę i niedzielę. Wyjęła z torebki
kartkę z adresem Marka.
Czy to na pewno dobry pomysł…?
Wzrokiem napotkała list od niego, który dostała
na święta. Tak, to był dobry pomysł. A przynajmniej lepszy od nie zrobienia
niczego. Trąciła stopą torbę. Spakowała się na dwa dni. Dłużej nie miała
zamiaru zostawać. Niezależnie od tego jak skończy się jej prawdopodobne
spotkanie z Markiem ma zamiaru wrócić w niedzielę wieczorem – czy to z nim, czy
bez niego. Spojrzała na zegar. Za godzinę powinna być na lotnisku. Wiedziała,
że dojazd tam może trochę zająć, więc dźwignęła torbę, pożegnała się z rodziną
i wyszła. Przy aucie czekał już na nią Maciek. Zapakował jej torbę do bagażnika,
po czym ruszyli.
- Ulka, jesteś pewna?
- Nie Maciej, niczego nie jestem pewna. Ale ja
nie potrafię bez niego żyć. Jeśli ułożył sobie życie na nowo to okej, ale jeśli
jeszcze jest jakaś szansa to ja muszę spróbować to naprawić.
- To on powinien naprawiać.
- Naprawiłby, gdybym go nie odtrąciła – szepnęła.
Gdy tylko wyszła z budynku lotniska zaatakował ją
mróz. Widocznie nie tylko w Warszawie była taka pogoda. Zawiesiła torbę na
ramieniu i ruszyła nieznajomymi ulicami. Tyle dobrego, że znała angielski i zawsze
mogła spytać się kogoś o drogę. W końcu udało jej się trafić na ulicę, na
której według Sebastiana, mieszkał Marek. Stanęła nieopodal bloku i kilka razy
sprawdziła jeszcze, czy to na pewno ta ulica. Bała się tego spotkania jak nigdy
niczego. Nagle zauważyła wjeżdżający na parking samochód. Wysiadł z niego…
przełknęła ślinkę. W pierwszym odruchu chciała natychmiast podejść do niego i
działać. Odruch ten stłumiło jednak to, że Marek podszedł do drzwi pasażera i
otworzył drzwi jakiejś dziewczynie. Mogłaby się tym nie przejąć stwierdzając,
że to po prostu jakaś jego koleżanka, gdyby nie to, że go pocałowała, a on w
ogóle nie protestował. Stanęła za ścianą budynku tak, że teraz już na pewno nie
mógł jej zauważyć i poznać. Ze łzami w oczach patrzyła jak Marek całuje się z
tą kobietą, a potem obejmuje ją i idą w kierunku klatki schodowej. Przełknęła
łzy. Nie mogła uwierzyć w to, co właśnie zobaczyła. Chociaż dopuszczała do
siebie możliwość, że Marek mógł ułożyć sobie życie z inną kobietą, to nie
spodziewała się, że aż tak mogłoby ją zaboleć ten widok.
Teraz w końcu zrozumiała, że gdyby wtedy nie
odpychała Marka, to ich historia nie skończyłaby się w ten sposób. Gdyby dała
mu wyjaśnić, wyznałby jej miłość i mogliby być razem. A teraz… teraz już było
za późno na takie wnioski. Wolałaby wrócić do domu już teraz, zaraz, móc
zamknąć się w swoim pokoju i płakać, ale bilet na samolot miała zarezerwowany
dopiero na jutro. Udała się do jakiegoś hotelu.
***
Leżał na łóżku wpatrując się w sufit. Wiedział,
że musi porozmawiać z Meg, zanim naprawdę zacznie robić sobie nadzieję.
Zaczynał gubić się we własnym życiu, nie wiedział co ma ze sobą zrobić.
Potrzebował Uli, bez niej w ogóle nie potrafił funkcjonować. Z letargu wyrwał
go dzwonek telefonu. Nie miał ochoty odbierać, ale gdy zobaczył, że to
Sebastian dzwoni nacisnął zieloną słuchawkę.
- Tak Seba?
- Możesz mi powiedzieć co ty do jasnej cholery
wyprawiasz?
- Cóż za miłe przywitanie – zironizował. – O co
chodzi?
- Jeszcze się pytasz? Marek… Ula była w Dublinie.
Odruchowo zerwał się z kanapy. – Jak to? Kiedy?
- W weekend. Chciała z tobą porozmawiać. Podałem
jej twój adres, przyjechała. A tam zobaczyła ciebie z jakąś panną. Gdy wróciła
nie chciała jechać do domu, więc przyszła do mnie i do Violi. Pierwszy raz
widziałem żeby ktokolwiek tak płakał.
- Cholera! – zaklął. – Zobaczyła mnie z Meg.
- Z jaką znowu Meg, co ty…
- Seba, muszę kończyć, okej? Potem pogadamy.
Rozłączył się. Chwilę analizował w myślach to co
dowiedział się od Sebastiana. Po chwili jednak wyjął telefon i wybrał numer
Maggie. – Meg? Spotkajmy się. Musimy porozmawiać.
Michał Bajor – „Co to jest czułość”
Patrycja Markowska – „Świat się pomylił”
Subskrybuj:
Posty (Atom)