niedziela, 3 czerwca 2012
Rozdział 13
Rozdział 13
Otworzył usta chcąc coś powiedzieć jednak nie wydusił z siebie żadnego dźwięku. Był bezgranicznie zdumiony.
- Paulina, tak jakbyś jeszcze nie zauważyła... Nas już nie ma. I chyba nawet nigdy nie było.
- O nie Marek, mylisz się.
Miał ochotę czymś w nią rzucić. Chwilę rozważał nawet taką opcję, jednak nie miał na ogól morderczych zapędów, nawet w stosunku do Pauliny.
- Co masz na myśli? - zapytał, zastanawiając się nad najłatwiejszą drogą ewakuacji w razie gdyby Paulinie przyszło coś głupiego do głowy. Wstał z krzesła, żeby czuć się pewniej.
- Mam na myśli to, że możemy być jeszcze razem.
Zaśmiał się cicho.
- Paulina... - Nie obchodziło go to jak Paula się poczuje gdy zrobi to co zrobi. Nie obchodziło go to, że ją zrani. Chciał po prostu się jej pozbyć raz na zawsze. Podniósł z biurka ramkę ze zdjęciem jego i Uli. - Zobacz. - Pokazał jej zdjęcie na którym Dobrzański obejmował od tyłu Ulę, a ta śmiała się patrząc na niego z czułością.
- Co to za jedna? Modelka bez utlenionych włosów? Normalnie ewenement w skali kraju - zironizowała.
- To nie modelka - stwierdził ze stoickim spokojem. - To Ula.
- Brzydula?!
- Po pierwsze, Ula. Po drugie, nie wrzeszcz - upomniał ją. - Nadal twierdzisz, że możemy być jeszcze razem? Bo ja nie byłbym tego taki pewien.
- Jeszcze zobaczymy - warknęła. - Marek, ja cię kocham!
- Nie histeryzuj. A teraz wybacz, wychodzę.
Podszedł do drzwi, otworzył je i spojrzał na nią wymownie. Opuściła po chwili jego gabinet. Zamknął go na klucz i ruszył w stronę windy nie zamieniając z Pauliną już żadnego słowa. Podczas jazdy na lotnisko starał się nie rozpamiętywać spotkania z Paulą.
"Jednorazowy incydent" - wmawiał sobie. - "Nic takiego. Na pewno nam nie zaszkodzi. Znając ją to uniesie się dumą i wyjedzie do tego swojego Mediolanu razem z tym swoim zakichanym braciszkiem, i więcej jej nie spotkam" - pomyślał wysiadając z auta. Zamknął drzwi i powstrzymując się od biegu wszedł do budynku warszawskiego Okęcia. Rozejrzał się próbując się odnaleźć. Był tu dopiero drugi raz w życiu, nie licząc wycieczki do Włoszech w wieku szesnastu lat. Na szczęście miał w miarę dobrą orientację w terenie, więc ruszył w stronę grupki ludzi oczekujących na przejście ich krewnych i przyjaciół przez odprawę. Strasznie mu się nudziło, poza tym w budynku było straszliwie duszno, więc postanowił przenieść się na taras widokowy. Przy przejściu na taras tradycyjnie musiał pozbyć się wszystkich metalowych przedmiotów, w tym metalowych spinek do mankietu. Gdy w końcu wyszedł na taras odetchnął rześkim powietrzem. Stanął przy barierce pomiędzy jakimś kilkuletnim chłopcem trzymającym kurczowo za rękę swoją matkę a jakąś staruszką. Obserwował dłuższą chwilę lądowanie samolotu, chociaż nie to go najbardziej interesowało. Chciał zobaczyć Ulę, nawet z tak dużej wysokości. Gdy w końcu pasażerowie zaczęli zmierzać w stronę wejścia na lotnisko zaczął bacznie wypatrywać swoją ukochaną. Pewnie by jej nawet nie zauważył w tym tłumie, gdyby nie to, że praktycznie nie miała bagażu, oprócz tego podręcznego - nic dziwnego, w końcu na jedną dobę i jeden niecały dzień nie potrzebowała bardzo dużo. Gdy Ula weszła do lotniska wyszedł z tarasu widokowego i zszedł po schodach na dół. Po drodze w automacie kupił jedną wodę mineralną i ruszył w stronę grupki ludzi czekających na pasażerów przechodzących przez odprawę. Stanął nieco na uboczu, w takim ścisku czuł się, jak to Viola mówi, "śledź w puszce". Wypatrywał z niecierpliwością Ulki, nie mógł się doczekać żeby ją zobaczyć. Nie widział jej w końcu od dwóch dni. W końcu ją zobaczył. Przepchnęła się przez tłum ludzi i rozejrzała się, zapewne w poszukiwaniu Marka. Sam zainteresowany uśmiechnął się wesoło gdy zauważył, że dziewczyna stoi do niego tyłem. Podszedł do niej i zakrył jej oczy.
- Zgadnij kto?
- Hmmm... - Udała, że się namyśla. - No nie wiem... Kto?
Odwrócił ją przodem do siebie i namiętnie pocałował.
- Już wiesz kto?
- Mmm... Jeszcze nie, ale może jak jeszcze raz tak zrobisz to się domyślę.
Zachichotał, ale pocałował ją ponownie tym razem bardziej czule i subtelnie.
- A teraz już wiesz? - zamruczał.
- Hmm... Niech zgadnę... Marek?
- Brawo kochanie.
Uśmiechnęli się do siebie promiennie. Marek jeszcze raz ją pocałował, po czym wziął od niej torbę z bagażem. Objął ją lekko, po czym ruszyli w stronę Lexusa. Jak przystało na dżentelmena otworzył ukochanej drzwi od auta, a sam usiadł na miejscu kierowcy.
***
Weronika znudzona czytała po raz kolejny tego dnia "Małego Księcia". Była to jedna z jej ulubionych książek. Z radia sączyła się cicha muzyka, ale ona zdawała się być obojętna na te odgłosy. Odłożyła książkę na stolik po czym przekręciła się na brzuch. Zaczęła tępo wpatrywać się w swoją poduszkę jednak widziała przed sobą nie tyle poduszkę, co Michała. Zastanawiała się nad tym co usłyszała poprzedniego dnia od Marka. Może rzeczywiście kochała Wawelskiego, tylko się przed tym broniła? Nie umiała jasno sprecyzować uczuć co do mężczyzny. Od lat był jej przyjacielem, chodzili nawet do tej samej grupy w przedszkolu. Znali się dokładnie dwadzieścia lat i nagle on się w niej zakochał. A ona w nim? Teoretycznie mogła go kochać - Michał był świetnym facetem, dobrym przyjacielem. Na pewno jej się podobał, to nie ulegało wątpliwości. Ale czy go kochała? Unikała go już od kilku dni, a dokładnie to od dnia gdy ją przytulił, a potem wyznał miłość... czyli jakieś cztery dni. Wtedy stchórzyła i zwiała. W ogóle nie myślała o Michale, zdziwiła ją ta deklaracja. Wolałaby żeby wszystko było jasne - kocha albo nie, proste. Po raz kolejny przekonała się, że w słowach Marka "życie to nie komedia romantyczna" tkwi ziarnko prawdy. Ale również w słowach Michała "może i nie jest komedią, ale nie musi także być dramatem" było coś prawdziwego. Ale skoro nie jest komedią ani dramatem... to czym jest?
"Życie to życie, koniec i kropka."
Rozplotła kitkę i odłożyła gumkę na szafkę nocna. Zastanawiała się kiedy przyjdzie Marek... i czy w ogóle przyjdzie. I jeszcze czy przyjdzie sam czy z Ulą. Teraz, gdy jej kuzyn pogodził się ze swoją ukochaną, odczuwała pewien dyskomfort związany z mieszkaniem u niego. Pewnie będzie chciał zaprosić do siebie Ulę, ale nie bo "kuzynka u niego mieszka". Wiedziała, że musi sobie coś znaleźć.
"Najpierw zastanowię się nad pracą i mieszkaniem, na Amory przyjdzie czas później" - postanowiła, po czym zerwała się z łóżka i włączyła laptopa Marka.
***
Sebastian Olszański był przystojnym mężczyzną. Niegdyś razem ze swoim przyjacielem Markiem Dobrzańskim chodzili do klubu na panienki. Gdy Dobrzański oświadczył się Paulinie Febo nie mógł tego zrozumieć, jednak nie przejmował się tym za bardzo - w końcu nadal chodzili do klubu, co jakiś czas wymyślał mu tylko alibi, żeby panna Febo o niczym się nie dowiedziała. Gdy wplątał się w romans z firmową Brzydulą, za jego namową, przestał chodzić do klubów co niezmiernie go dziwiło, w końcu nigdy żadna kochanka nie przeszkadzała w ich nocnym życiu. Sam jednak podczas gdy Marek migdalił się z Brzydulą, nie miał co robić, a sam do klubów chodzić nie chciał. Z braku laku zaczął szukać sobie potencjalnej zdobyczy w swoim najbliższym środowisku, a mianowicie w firmie. Od początku podobała mu się Violetta Kubasińska, druga sekretarka Marka. Był świadom, że jest przystojny i, że podoba się kobietom, tym bardziej nie mógł zrozumieć dlaczego Violetta się mu opiera. Irytował go jej sposób bycia, przekręcanie przysłów, i niedostępność. Gdy w końcu raz udało mu się zaciągnąć ją do łóżka, kilka tygodni później przyszła do niego z szokującą wiadomością - jest w ciąży. Zbiegiem okoliczności dowiedział się, że to nieprawda. Był wściekły - przyzwyczaił się do myśli, że pora się ustatkować, w końcu ma trzydziestkę na karku, a nadal zachowuje się jak mały chłopiec. Do tego perspektywa spędzenia życia z Violą wydawała się bardzo optymistyczną wersją. Poza tym, choć się do tego nie przyznawał, cieszył się z perspektywy zostania ojcem, kochał to dziecko, no i... może Violę też kochał. Więc gdy dowiedział się, że to na czym planował zbudować sobie przyszłość, jest bujdą wściekł się i nawrzeszczał na Kubasińską. Wtedy zaginęła, robiła jakieś interesy i wciągnęła ich w niechciany kontrakt z reprezentacją. Gdy wróciła robił różne głupoty - romansował z innymi modelkami, a także z recepcjonistką Anią. Doskonale wiedział, że Viola była w nim zakochana i chciał zrobić jej na złość, chciał żeby była zazdrosna. Nie przewidział jednak, że Violetta w tej sytuacji będzie robić to samo. Starał się tym nie przejmować, ale tak - był zazdrosny. Powoli docierała do niego myśl, że chcąc nie chcąc, kocha tą zwariowaną kobietę, która choć czasami zachowuje się jakby miała nierówno pod sufitem, to tak naprawdę była dość rozgarnięta. Jak wiedział z relacji Marka no i Violi, swoje obowiązki spełniała należycie - problem sprawiało jej tylko to przeklęte ksero. Byli parą i... chyba nawet był szczęśliwy. Teraz ich początkowe problemy - kłamstwo Violetty co do ciąży, ich zachowanie obliczone na zazdrość drugiej osoby, wydawały się być bardzo odległe, nawet takie jakie nigdy nie miały miejsca i były tylko wytworem wyobraźni. Nie wypominali sobie nic w kłótniach - żyli chwilą obecną. Było minęło, a życie toczy się dalej. Teraz rozumiał Marka - gdy był z Ulą jeszcze Brzydulą, był zakochany w niej zakochany. Dlatego kluby przestały go bawić, a modelki wydawały się, co tu dużo mówić - puste. Sam także lepiej poznał Ulę, jednak dopiero wtedy gdy ta się zmieniła zewnętrznie, i musiał przyznać, że rzeczywiście była w porządku. Można było z nią porozmawiać o wszystkim, ale nie mógłby się w niej zakochać. W końcu kochał Violettę.
- Sebastian! - Uśmiechnął się pod nosem. - Już wróciłam!
- Jestem w kuchni! - odkrzyknął zdejmując czajnik z gazu. - Chcesz herbaty? - zapytał wchodzącej do kuchni zmarzniętej Violi.
- Tak. Nie przypuszczałabym, że pod koniec października może być aż tak zimno.
Zalał filiżanki wrzątkiem, odstawił czajnik na bok, po czym pocałował ukochaną.
***
Marek z szerokim uśmiechem na ustach wszedł do swojego mieszkania na Siennej. Spędził dzień z Ulą. Musiał przyznać, że nad wyraz udany dzień. Spacerowali od rana, potem o siedemnastej pojechali do Rysiowa spędzić wieczór we wspaniałej rodzinnej atmosferze... Zostałby dłużej gdyby nie to, że było już po dwudziestej pierwszej. Usiadł na kanapie i sięgnął po pilot od radia. Uruchomił płytę znajdującą się w urządzeniu. Po raz pierwszy od dawna nie przebierał się wieczorem w luźniejsze ciuchy - był w końcu luźno ubrany, w pracy spędził zaledwie dwie godziny podczas których i tak nic nie zrobił.
- Cześć Wera - rzucił do wychodzącej ze swojego pokoju kuzynki.
- Hej. Jak tam z Ulką?
- Super, ale nie o tym chciałem z tobą rozmawiać - stwierdził przyglądając się jej badawczo. Weronika wiedziała co się święci. - Co z Michałem?
- Marek... Nie wiem. Bo... - westchnęła ciężko. - Niby go kocham, ale mam wątpliwości.
- Wera... Co ty masz za wątpliwości? Michał cię kocha, ty go też. Weronika naprawdę stwarzasz sobie problemy.
- Może masz rację...
- Mam. Ale nawet jeśli się mylę to nie powinnaś unikać Michała. Przecież spotykaliście się już prawie codziennie, a teraz nie widujecie się już od tygodnia. Śmigaj po telefon, umów się z nim i już.
- Ale Marek...
- Weronika. - Spojrzał na nią udawanym groźnym wzrokiem.
- Patrzysz na mnie jak mój ojciec.
Zachichotał cicho. Dziewczyna po chwili opuściła mieszkanie wybierając na telefonie numer do swojego... ukochanego?
***
Michał z lekkim uśmiechem na ustach stał na Placu Trzech Krzyży* oczekując na Weronikę. Dziewczyna powinna przyjść za jakieś piętnaście minut, ale miał nadzieję, że tak jak on dotrze tu szybciej. Nie widział jej od tygodnia, wiedział, że go unikała. W sumie to się jej nie dziwił - wyskoczył z tym wyznaniem miłości, pewnie trochę ją wystraszył. Nie dzwonił do niej, ani nie nalegał na spotkanie - Weronikę znał bardzo dobrze i wiedział, że prędzej czy później sama się odezwie. Poza tym domyślał się, że musiała sobie trochę to wszystko poukładać.
- Cześć Michał... - Usłyszał za sobą dobrze mu znany głos. Odwrócił się i spojrzał na nią z lekkim uśmiechem. Widział, że czuje się niepewnie.
- Cześć - odpowiedział. - Po co chciałaś się spotkać? - zapytał, choć dobrze znał odpowiedź na to pytanie.
Weronika nie patrzyła mu w oczy. Pierwszy raz od dawna czuła się tak niepewnie. Bo niby wiedziała co chce zrobić. Wiedziała, że go kocha, i, że on ją też kocha. Ale... Nie wiedziała co powinna powiedzieć.
- Chciałam porozmawiać, o... O nas... Znaczy... O tobie i... - plątała się.
- Weronika, spokojnie... - Widział, że się denerwowała. - Chciałaś porozmawiać o nas, tak? - powiedział to za nią. Nie był pewien czy Weronika w końcu by się wysłowiła. Kiwnęła twierdząco głową.
- Myślałam trochę nad tym co mi powiedziałeś, i... - Westchnęła cicho. - Ja... ja też cię kocham.
*Mi osobiście podoba się ten Plac :D dlatego wybrałam go na ich spotkanie.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz